Atacama - obozy biwaki zielone szko³y
 

szukaj w newsach

Jaskinie

  • Tue 5th October 2004, 3:28 pm

Ptasia Studnia

"Lot do Ptasiej Studni"

"Rany Boskie, 5.30. Ten Gala chyba zwariowa³. Zrywaæ ludzi o tak nieludzkiej godzinie. O tej porze to nawet kury w kurniku przekrêcaj± siê na drugi bok"- pomy¶la³em. "No, ale z drugiej strony dzi¶ w planach Ptasia, na któr± ostrzymy sobie crolla od pocz±tku kursu".

Po szybkim ¶niadanku, jeszcze "trochê" zaspani wyruszamy z bazy w doborowym sk³adzie tzn. SzPan Kierownik MGala, Witek, Mariusz, Damian i ja. Z Kir, Dol. Ko¶cielisk± przez ubóstwian± przez wszystkich kursantów Adamicê dostajemy siê pod Piec, gdzie po krótkim "popasie" udajemy siê w dalsz± podró¿ do wnêtrza Ziemi. W czasie drogi - wyk³ad monograficzny: "Zarys historii speleologii ¶wiata i Polski - od Lascaux po tera¼niejszo¶æ". Autor? Domy¶lcie siê sami. Nie mog³o tak¿e zabrakn±æ obowi±zkowego "topo".

Po ok. 3,5 godzinach marszu docieramy w koñcu pod otwór, a w³a¶ciwie to nad niego. Zrzucamy z placów dziesi±tki metrów lin, przebieramy siê w seksowne kombiaczki. Jeszcze tylko "bu³ka z bananem" i czekolada z Goplany i po krótkim zje¼dzie powierzchniowym stajemy przy otworze do Ptasiej. W miêdzyczasie Witek, jak to ma w swoim zwyczaju, stwierdza, ¿e znajdujemy siê w "zaj... miejscu na dzia³kê", po czym wszyscy po kolei znikamy w czelu¶ciach jaskini.

Trzeba przyznaæ, ¿e Ptasia Studnia mo¿e przyprawiæ nawet "do¶wiadczonego" kursanta o zawrót g³owy. Uczta to, jakich ma³o. Na przystawkê zjazd 60 metrow± studni±, pó¼niej fa³szywa 40-tka. Danie g³ówne - Sala Dantego, a na deser milusi Zacisk Klasy Lux, gdzie cia³o kursanta prê¿y siê i przegina, przyjmuj±c niespotykane kszta³ty. Poznawanie jaskini umila nam s³owiczy ¶piew SzPan Kierownika;-) Jakby nie by³o jeste¶my w Ptasiej Studni.

No, ale wszystko, co dobre szybko siê koñczy i po obfitej uczcie, czeka nas pa³owanie do góry. Nie zwa¿aj±c na pot zalewaj±cy oczy, wszyscy dzielnie przemy do góry. Ostatni odcinek tj. pokonanie wspomnianej studni jest wprost imponuj±cy. Rozproszone ¶wiat³o docieraj±ce na jej dno rzuca tu i ówdzie tajemnicze cienie. W miarê zbli¿ania siê do otworu ¶wiat³a jest coraz wiêcej, a sama studnia przybiera wyra¼niejszy kszta³t, ods³aniaj±c wszystkie swoje zakamarki. Jest olbrzymia! Tu¿ przy samym otworze czuæ ju¿ powiew ciep³ego powietrza. Jeszcze kilka metrów i jeste¶my na powierzchni, sk±d roztacza siê przepiêkny widok na masywn± ¶cianê Kazalnicy Miêtusiej.

Powrót na bazê nie zajmuje du¿o czasu. I trudno siê dziwiæ. W domu czekaj± na nas zziêbniête i spragnione opieki dzieci. Mo¿e znajdzie siê te¿ kawa³ek boczku...

Tomek Czarna

Ja tu widzê ¿e kto pierwszy ten lepszy :-) ale to jedyna sensowna zasada :-) wiêc skoro nie ptasia, no to czarna…

9 tego rano, niczym „³owcy ¿mij” w/g Bu³y stawiamy siê skoro ¶wit na bramce… ¿adnych zbêdnych rekwizytów, nawet aparatu tym razem nie zabrali¶my… :-) cel, jeden idziemy „na rekord”, ale nikt tu nie mówi o rywalizacji, kursant nie zna tego s³owa :-) Krótka lekcja topografii, 30 minut podej¶cia i czarci szwadron (Marcin, Marcin, Mariusz, Witek) jest u bram piekie³ :-) wychodzi na to ¿e mamy trzy wory, dwa z linami i jeden zupe³nie zbêdny z garderoba i crollem którego zapomnia³em dla odmiany zostawiæ na bazie, jak siê pó¼niej okaza³o ka¿de kilka gram mia³o niebagatelne znaczenie… :-) Mo¿na by siê rozpisywaæ o tym czego my tam po drodze nie widzieli¶my i gdzie to nie zajrzeli¶my… ja tam pamiêtam tylko ¿e kto¶ zje¿d¿a³ potem kto¶ worowa³ linê, potem prawie biegli¶my, potem by³o jeziorko szmaragdowe i Mariusz ju¿ by³ je gotów wzi±æ ¿ywcem , po palach :-) skoñczy³o siê na trawersie… potem znów kto¶ zje¿d¿a³, nie no w przerwie by³o wspinanie, idealnie, zegar nieub³aganie czas odmierza³ :-) no i sz³o nam nie¼le, wpierw imieninowa, potem mamutowy korytarz, wreszcie próg lataj±cych want :-) d³ugo bêdê pamiêta³… Marcin poprowadzi³, potem Marcin, potem ja siê napi±³em i to by by³o na tyle :-) w praktyce wygl±da³o to mniej wiêcej tak… Mariusz pchn±³ worek a worek mnie :-) no i jak tam zza zakrêtu siê wydrapa³em to siê worek zaklinowa³, wiec go zwyzywa³em, ale to nie podzia³a³o… :-) a jak ju¿ opad³em z si³ szarpi±c go w amoku to ujrza³em plakietkê, któr± nie namy¶laj±c siê d³ugo zapozna³em z moim kaloszem… w ka¿dym razie szacunek dla wora naby³em :-) Chwile pó¼niej by³o ju¿ ¶wiate³ko w tunelu :-) ale mieli¶my siedzieæ cicho, tak powiedzia³ instruktorJ a tu siê a¿ cisnê³o spytaæ „czy zasta³em jolkê?” Gdy ostatni kalosz opu¶ci³ otwór zegar pokaza³ 4:57:16 wiec w bazie byli¶my nieco po 16tej. Nie no „Rest day” :-) kolektywnie podjêli¶my decyzjê ¿e dnia nastêpnego litworowa…

A gdy wieczorem w kuchni co¶ napomkn±³em ¿e nie no rekord idealny, to wiadomo :-) ale gdyby tak ciut wolniej to mo¿e co¶ by¶my tam zobaczyli…:-) to Homek przedstawi³ swój punkt widzenia… „tu nie ma co ogl±daæ, tu trzeba zapie….(i nie mam na my¶li zapierania).” :-) nie pamiêtam kto tego dnia odebra³ dziecko z przedszkola, ale na pewno nie zostawiliby¶my go tam na noc, a ju¿ na pewno nie w lodówce… :-)

witekWielka Litworowa

Skoro Wicia pisze, ¿e kto pierwszy ten lepszy to trzeba siê wzi±æ do blog`a, gdy¿ ju¿ wkrótce zostan± same rest`y...

Relacja Marka Piotrkowicza z kursowego wyj¶cia do Wielkiej Litworowej!

Dzieñ szósty kursu, Wielka Litworowa. Od rana krz±tamy siê w kuchni, ostatnie ³yki kawy i za chwilê wyj¶cie, Krzysiek pogania i ca³y czas co¶ mówi o jakim¶ jedzeniu, podobno mamy gotowaæ w jaskini. Nie wiem o co chodzi, wczoraj podczas opieki nad dzieciakiem by³a mowa o maglu, a nie o barze.

Pó³ nocy szuka³em po¶cieli ale takiego rarytasa w chacie Glizdowej nie u¶wiadczysz, w koñcu zapakowa³em ¶piworek ale ch³opaki mówi±, ¿e to elektromagiel i tam nie idziemy, totalne zakrêcenie, w koñcu ³adujê tajsk± ostr± krewetkow± do wora i ruszamy.

Na pocz±tku idzie szybko, droga znana, szli¶my têdy id±c do Pod Want± ale kark siê marszczy perspektywa 1800 schodków na podej¶ciu robi swoje. Pogoda siê trochê psuje, szczyty we mgle, rozci±gamy siê jak g±sienica, przychodzi my¶l, mo¿e by zawróciæ, zupê mo¿na zje¶æ wszêdzie, ale presja reszty grupy nie pozwala na jej wyartyku³owanie. Jest tysi±c piêæsetny schodek, patrzê w dó³, nasza g±sienica zaczyna byæ coraz d³u¿sza, ju¿ wiem, ¿e zamiast je¼dziæ na rowerze przed kursem trzeba by³o biegaæ z rowerem na plecach, ale co mi teraz po tej wiedzy, w my¶lach powtarzam zaklêcie: mocy przybywaj i moc nie przybywa.

Nareszcie otwór, dyszymy jak parowozy ale nadrabiamy minami, luz. Jest strasznie zimno i tylko czekaæ jak spadnie ¶nieg, przebieramy siê w komby b³yskawicznie i wpadamy do otworu, jak milusio i ciepe³ko, a¿ 4 stopnie i nie wieje.

Atakujemy wlotówkê jako¶ tak fajnie idzie, kto¶ porêczuje, kto¶ siê ju¿ wpina, pierwszy zjazd, adrenalina skacze nareszcie znów w studni, zje¿dzamy szybko i sprawnie, nastêpna wpinka zaczyna siê pierwsza 50-tka, jedna przepinka i jeste¶my na dole, ale to dopiero pocz±tek za chwilê druga 50-tka i jeste¶my na p³ytowcu, wisi tu jaka¶ lina wiêc wpinaka i ani to studnia ani ¶cie¿ka przez knieje, jaka¶ taka pochylnia pod k±tem 45 stopni, za ni± nastêpna i jeste¶my w sali pod p³ytowcem, tu bêdzie gotowanko ale dopiero w drodze powrotnej, teraz zasuwamy dalej.

Jakie¶ zawalisko trochê na kolanach trochê czo³ganko, nagle wyrasta ma³a szczelina, nie wierzê w³asnym oczom Krzysiek w niej znikn±³ a za nim znika w niej Kasia, podczo³gujê siê bli¿ej, nie ma mowy nie zmieszczê siê ale Tomek z Damianem napieraj± z góry. Pakujê do ¶rodka nogi, przesz³y ale zaczynam siê klinowaæ coraz bardziej, zaklinowa³em siê. Utkn±³em w ramionach i na nieszczê¶cie ca³y czas nie czujê pod³o¿a pod stopami, robi mi siê gor±co, zaczynam siê szarpaæ, mo¿e zadzia³a grawitacja i polecê w dó³, pot zalewa mi skronie zadzia³a³a, uda³o siê, ale co bêdzie z powrotem, mo¿e jest inne wyj¶cie, mo¿e bêdzie szerzej, mo¿e. Jeszcze z pó³ godziny przeciskania i nagle stajemy na krawêdzi dwóch p³yt z pionow± szczelin± w dó³. To jest magiel, dalej nie idziemy, patrzê w czelu¶æ, wci±ga, im d³u¿ej patrzê tym bardziej wci±ga, muszê tu wróciæ. Piêæ minut odpoczynku i z powrotem do zawaliska.

Wcale mi siê nie spieszy, wiem co mnie tam czeka, wreszcie jest moja szczelina teraz na odwrót ³adujê pierwsze rêce i o dziwo idzie mega ³atwiej nawet nie zauwa¿am kiedy pozosta³a za mn±, jeszcze chwila i sala pod p³ytowcem.

Zaczynamy gotowanie zup, jedna to pomidorowa, rzeczywi¶cie jest trochê czerwona, nazwy drugiej nikt nie zna³, ale te¿ zjedli¶my i zaczynamy wychodzenie. Wychodzê ostatni, co za diabe³ ten p³ytowiec, z crollem ci±gnê nosem po ziemi bez niego na szczêkniêcie metalu w p³aniecie dostaje gêsiej skórki na plecach, robi mi siê zimno z utêsknieniem czekam na drug± 50-tkê. Wreszcie jest, ale na dole kolejka dopiero wysz³a Kasia i Damian jeszcze pó³ godziny czekania.

Jest coraz zimniej, w³a¶nie wpina siê Tomek, zaczynam podskakiwaæ, nareszcie wpinam siê do liny. Ledwo mogê zginaæ palce i zaczynam pa³owanie, gdy dochodze do koñca piêædziesi±tki jest mi ju¿ gor±co, worujê linê przypinam do uprzê¿y i pierwsza 50-tka. Teraz idê przed Tomkiem, w po³owie drogi czujê, ¿ê lina w worze zaczyna wa¿yæ, jeszcze kilka metrów, patrzê w dó³, ledwo widzê czo³ówkê Tomka, jestem wysoko, studnia jest olbrzymia, lina w worze zamienia siê w beczkê ze smo³±, wychodzê, worujemy pierwsz± 50-tkê, zostawiamy liny i jeszcze tylko wlotówka.

Znów idê przed Tomkiem, reszta zespo³u ju¿ dawno jest na górze, szczê¶ciarze, patrzê w górê i baraniejê, tam jest bia³o, krzyczê do Tomka, ¿e ¶nieg spad³, jeszcze dwa ruch i jestem w otworze, to nie ¶nieg to okropna mg³a. Nic nie widaæ w odleg³o¶ci metra, czy¿by Krzysiek z Kasi± i Damianem ju¿ schodzili, ma³o nie zabijam siê o w³asny plecak, jest Krzysiek, czeka na nas, reszta rzeczywi¶cie zaczê³a ju¿ schodzenie. Szybka przebiórka i ruszamy na dó³, dooko³a mleko, schodzimy powoli, znów 1800 schodków tym razem w dó³.

Po godzinie marszu na czuja, wychodzimy z mg³y, jest czarna noc ale robi siê jako¶ cieplej, wkrótce doganiamy Kasiê z Damianem, nastroje siê poprawiaj±, nied³ugo bêdziemy na bazie a tam jeszcze trzeba siê dzieciakiem zaj±æ, có¿ takie ¿ycie groto³aza..;-))))

Marek

I to by by³o na tyle… tym razem J pozdrawiam tych którzy wytrwali i nie-wytrwali do koñca tekstu J

witek